Nie wiem, jak to się stało, że nagle wtem mam dwie córki, z czego jedna jutro skończy rok (rok, kurwa, a się zdaje w zeszłym miesiącu ją urodziłam), druga już jest na etapie porannego przysięgania:
-Jak tylko wrócę dziś z przedszkola, od razu kładę się spać.
A jak o 20:30 już wróciłam z tej lekcji (cała nabuzowana, w dodatku ciągnąc za sobą poaurelczyński wózek z samochodu), to w domu zastałam:
-wszystkie zabawki rozsypane na podłodze wszędzie (jak na wiadomym zdjęciu z quizu)
-na stole pozostałości po Aurelczyńskiej zabawie: taca z wodą, trzy miski z wodą, milion mokrych chusteczek, serwetek i szmatek oraz wszędzie dookoła wodę ("bo Śnieżka się kąpała i zamieniała się we wróżkę a potem w syrenkę")
-Rikiego w środku tego bajzlu, obwieszonego małymi dziewczynkami, z czego jedna nadmuchiwała koło pływackie, oddawała Ojcu i nadmuchiwała drugie, a on spuszczał z pierwszego powietrze, celując wentylem w paszczę zachwyconej tym Bimbośki.
-O, dobrze, że już jesteś - zawołał wesoło Riki - bo Bimbek jest bez pieluchy i czeka na kąpiel.
-To go wykąp, a ja spróbuję naprawić wózek.
-Ja mogę naprawić wózek!
-Jak cię prosiłam, to mówiłeś, że sama dam radę.
-Ale jak mogę przehandlować na kąpanie, to wolę wózek.
Zatem wykąpałam Bimbię (która zasnęła praktycznie już w wannie) i Aurelkę, którą potem uśpiłam nudnymi kołysankami. Tymczasem zrobiła się 22:30, Riki wciągnął jakieś dwa piwa, a wózek nadal stał w korytarzu, ćwierćsprawny. Kupiliśmy go Aurelce jakieś 5 lat temu za sumę nieco tylko mniejszą niż ta, którą dostaliśmy za Hondę wczoraj. A Quinny nie ma silnika i jest jednoosobowy. Hm. Trzeba było mu napompować koła i sprawdzić, czy da się coś zrobić ze skrętnym kółkiem, które zachowuje się jak dwulatek - "sam dobrze wiem, gdzie mam jechać, nie musisz mi mówić, nienienie, na pewno nie tam!".
W czasie gdy Riki rozkręcał jedną pompkę, ja, za pomocą drugiej, która "się nie nadaje, to do samochodu i nie pasuje, próbowałem" doprowadziłam koło do należytej sprężystości.
-O, jak to zrobiłaś? A, ja pewnie nie odginałem zacisku, dlatego nie wchodziło. To czekaj, przyniosę ci drugie.
-Dobra. A to obrotowe musi być takie, jakie jest. Nie da się go rozkręcić.
-Faktycznie. To czekaj, może dokupimy samo kółko! - i poleciał na allegro.
Więc przymocowałam koła do stelaża i wbiłam budę. Jakoś będzie.
-Kółko jest! Nawet niedrogie!
-Będzie na jutro na 7.30?
-Zastanawiałem się, czy to powiesz. Pewnie nie będzie.
-To niech zostanie, jak jest. Jakoś jeździ.
Wiem, wiem, było się trzeba nie wtrącać, sam by zrobił. Ale to tak jakoś mimochodem poszło. Bardzo niewychowawczo.
Strasznie się wściekłam, wczoraj po swojej ostatniej lekcji. Nie kumam przypadku tej uczennicy. Ma z francuskiego szóstkę w swojej szkole, a nie umie - NIC. Spotkania z nią to właściwie nie lekcje tylko "proszę, niech pani przyjdzie, bo na jutro muszę zrobić to i toito i to, a sama nie dam rady", a ponieważ odbywają się nie częsciej niż raz na dwa-trzy tygodnie, to w praktyce jej po prostu dyktuję, a ona i tak nie umie tego zapisać. Więc w końcu jej literuję, a ona strzela focha, jak literuję coś, co AKURAT umie napisać sama. Mam tu wielki zgrzyt moralny: nie chcę więcej przychodzić na takich zasadach, bo nie jestem maszynką do odrabiania lekcji; szczególnie, że ona z tego zupełnie nic nie wynosi, bezmyślnie tylko notuje. Jedynym wyjściem byłyby regularne spotkania, na których zrobiłabym jej porządną repetę od początku. Z tym że jej klasa (czyli i ona teoretycznie) są już na poziomie subjonctif, czyli te powtórki i wciśniecie wiedzy do jej (naprawde niegłupiej) głowki zajęłyby wiele spotkań. Minimum dwa razy w tygodniu, najlepiej ze cztery. No a to oznacza dla niej wydatek, a ja mogę wyjść w oczach jej rodziców na naciągacza (jak to tyle godzin, przecież ma szóstkę, jest najlepsza w klasie). Cóż, będzie trzeba wysmażyć maila z konkretami, bo ja bym nie chciała, żeby ktoś kiedyś tak korepetytorował moje dziewczynki.
Oraz jeszcze sama powinnam do niej kiedyś pójśc na korepetycje, żeby się dowiedzieć JAK ona pisze sprawdziany na dobre oceny, skoro naprawdę nie umie nic.